Autonomia z poliamorią w tle?

 

  Rys. "POLamoria", Autorka: Maja Chmura, 2013

 

Chciałbym zwrócić uwagę czytelniczek i czytelników na teksty autorstwa Maji Chmury: „Glosarium lewicy_01 POGARDA WOBEC KOBIET (appendix: POLIAMORIA.PL)” opublikowany na Facebooku w dniu 15 października 2014 roku oraz „Glosarium lewicy_01. POGARDA WOBEC KOBIET ” opublikowany na Facebooku w dniu 08 października 2014 roku, będący analizą tekstu Piotra Szumlewicza pt. „Poliamoria, czyli socjalizm”, internetowe wydanie Gazety Wyborczej z dn. 13 lutego 2014 roku, którego autor odnosi się do zjawiska poliamorii.

 

Pogardę rozumiem jako nacechowany poczuciem wyższości brak szacunku. Szacunek natomiast jest przynajmniej dla mnie tym, co powinno charakteryzować relacje między ludźmi (pomijając sytuacje skrajne jak brak szacunku dla braku szacunku), a już z całą pewnością między bliskimi sobie osobami, niezależnie od ich płci. Termin „płeć” nie jest już w obecnych czasach jednoznaczny, bowiem nie kategoryzuje już ludzi po prostu ze względu na ich zewnętrzne organy płciowe. Dlatego zrezygnuję w tym, co napiszę z dzielenia ludzi na kobiety i mężczyzn, a pozostanę przy człowieku (wychodząc z założenia, że zarówno osoby androgeniczne, kobiety, mężczyźni to osobniki gatunku homo sapiens – to ludzie). Również dlatego, że zagadnienia opisane w tekście Maji Chmury mogą być i są sprawą zarówno mężczyzn, jak i kobiet (z autopsji). Ale i dlatego, że szacunek, moim zdaniem, przynależny jest właśnie człowiekowi, a wynika to m.in. pośrednio z zapisów prawa polskiego, tzw. dobrych obyczajów czy też z szerzej rozumianych zasad współżycia społecznego i związanego z nimi „kredytu zaufania” (w tym wypadku „kredytu szacunku”) dla innych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że jest i wielu ludzi, którzy rozciągnęli by jego (szacunku) zasięg jeszcze dalej, szerzej m.in. na istoty żywe, czujące, na wytwory natury, czy dokonania ludzkich umysłów – w swoim teście jednak nie będę się tym zajmował.

Niejednoznaczny jest też dla mnie termin „glosarium lewicy”. Słowo glosarium (glosariusz) rozumiem jako terminarz, słownik zawierający określenia, terminy anachroniczne lub niepospolicie używane. Co w zestawieniu ze słowem lewica, czy nawet prawica nastręcza mi niemałych problemów. Choćby dlatego, że aktualna scena polityczna i zgłaszane przez nią postulaty nie pozwalają przynajmniej mi na jednoznaczne określenie kto jest z „lewicy”, a kto z „prawicy”, mimo deklaracji, mimo przypinania tym czy innym ludziom określonych „politycznych etykietek”. Mój osobisty podział (do którego nikogo nie zachęcam) przebiega inaczej. Ludzi z ich poglądami (ale i czynami) dzielę raczej na racjonalnych i nieracjonalnych, mądrych i niemądrych, z zasadami i bez nich, etycznych i nieetycznych. Choć nie są to cechy permanentne, poza tym niejednoznaczne (choćby etyka nie jest dla mnie czymś jednoznacznym, bo nie ma jednej etyki), wszyscy mamy lepsze i gorsze chwile. W ludzką „świętość” nie wierzę, zakładając to, że żyjąc uczymy się. Uczymy również w taki sposób, że popełniamy błędy wyciągając z tego wnioski, korygując swoje założenia (mamy często taką szansę) i działania w przyszłości. Natomiast z tym jak ktoś sam siebie określa (np. jako osoba o poglądach lewicowych) nie wypada mi zazwyczaj dyskutować, choćby z uwagi na mnogość idei i ich odcieni, dalej z poszanowania subiektywizmu, wreszcie poszanowania ludzkich gustów, niejednokrotnie różnych od moich. Dlatego tu również nie będę wypowiadał się w kontekście podziałów politycznych „lewica-prawica”. Skupię się na treściach dot. poliamorii prezentowanych przez Maję Chmurę w kontekście tekstu Piotra Szumlewicza, pomijając inne pojawiające się tam wątki. Skądinąd ciekawe, jednak wydłużyłyby one moim zdaniem nadmiernie tekst – nie wnosząc moim zdaniem nic do niego istotnego. A zrobię to wszystko jako osoba opisująca się jako osoba poliamoryczna. Z konieczności swój tekst skrócę dodatkowo z tej prostej przyczyny, że temat jest niezwykle obszerny, wariantowy – a obawiam się znudzenia nim czytelników i czytelniczek.

 

Zarówno terminy „poliamoria”, jak i „osoba poliamoryczna” nie są (na postawie mojej znajomości tematu) w Polsce terminami jednoznacznymi. m.in. dlatego, że terminem „poliamoria” próbuje się opisywać termin szerszy jakim jest „niemonogamia”, a w niej „konsensualna niemonogamia”, który jest terminem obszerniejszym niż poliamoria, bo zawierającym w sobie oprócz poliamorii (wielomiłości) takie typy/rodzaje relacji konsensualnie niemonogamicznych jak m.in.: anarchia relacyjna, swinging, czy otwarte związki. Jak trafnie zauważa Autorka „Glosarium lewicy” w swoim „appendix: POLIAMORIA.PL” mamy do czynienia z tą różnicą poglądów choćby w trwającej dyskusji w polskiej edycji Wikipedii – hasło „poliamoria”.

 

Co zatem oznaczają terminy „poliamoria” i „osoba poliamoryczna” dla mnie – osoby opisującej się jako osoba poliamoryczna i zajmującej się tą tematyką, również jako praktyk?

Wyjaśnienie tego uważam za potrzebne dla lepszego zrozumienia mojej dalszej wypowiedzi.

 

Bycie osobą poliamoryczną oznacza dla mnie otwartą postawę wobec miłości, gdzie nieistotna jest liczba osób, które nią obdarzam, przez które jestem nią obdarzony – istotna jest miłość (nie seks, czy namiętność z niego wynikająca). Przy czym na pierwszy plan wysuwa się u mnie forma/rodzaj miłości – określany jako przyjaźń (jestem philianistą). Otwarty jestem również na fakt lub możliwość kochania przez osoby, które kocham, innych ludzi.

 

Poliamoria (wielomiłość) nie wynika z żadnej znanej mi religii – nie jest z nią związana (nie powinna być przez żadną zawłaszczana tym bardziej, że wśród osób poliamorycznych są m.in.ateiści i agnostycy). Dotyczy to również światopoglądu – osoby poliamoryczne nie posiadają jakiegoś określonego – jednego światopoglądu. Nie mniej poliamoria może być częścią światopoglądu (częścią zespołu poglądów) konkretnych osób poliamorycznych (tak jest w moim przypadku). Światopoglądu rozumianego jako postawa myślowa – zespół poglądów (sądów) na świat w tym na stosunki międzyludzkie.

Czym poliamoria jest dla mnie? Skłaniam się ku następującej definicji – "to praktyka, chęć lub akceptacja zaangażowania w relację miłosną z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie, za zgodą i wiedzą(!) wszystkich tworzących dany, rozbudowany związek osób." Szerzej to postawa życiowa – filozofia życiowa "pro love" – i nie jestem w tej opinii odosobniony. Dlatego łączenie takich terminów jak "sex addiction" (seksoholizm) lub / i "hypersexual disorder"(nadpobudliwość seksualna)  z poliamorią uważam za nadużycie i wyraz nieznajomości terminu "poliamoria" jak też wyraz polifobii. Te terminy dotyczą ludzi niezależnie(!) od ich orientacji/preferencji relacyjnej, zatem osób: monogamicznych, singli i osób niemonogamicznych (termin szerszy od poliamorii). Jak powszechnie jest wiadomym – seks i miłość to dwie różne sprawy – choć często występują łącznie. Jednak, wiemy również, że możliwa jest miłość bez seksu jak i seks bez miłości – dlatego nie powinno się tych terminów zlewać w jeden. Seks nie jest warunkiem ani koniecznym ani wystarczającym, by określać coś jako poliamoryczne. Związkiem poliamorycznym będzie relacja miłosna bez seksu, natomiast nie będzie nią relacja gdzie występuje seks, ale gdzie nie występuje miłość – nie chcę przez to powiedzieć, że seks wyklucza poliamorię, a jedynie to, że seks jest w przypadku poliamorii drugorzędny. Doceniam trud osób starających się zdjąć ze sfery seksualnej odium m.in. "grzesznej, złej i zepsutej" a uczynić ją piękną i dającą radość – jestem tego samego zdania. Przez seks np. można pięknie wyrażać miłość, nie mniej czynienie z seksu jedynego, czy głównego języka do wyrażania miłości – uważam za jej zubażanie. Gdyby było inaczej odbierało by to prawo, czy możliwość do kochania, czy wyrażania miłości tym, którzy nie uprawiają seksu z osobami, które kochają, czy też w ogóle nie uprawiają seksu – takie stawianie spraw uważam za absurdalne, bo człowiek to coś więcej niż jego seksualność. Rozszerzanie znaczenia słowa „poliamoria” na całą konsensualną nie-monogamię (CNM) uważam za niewłaściwe i w mojej ocenie sprzeczne z intencjami twórczyni tego terminu*.

 

* In 1992, when the editors of the Oxford English Dictionary contacted Morning Glory Zell to ask for a formal definition and background of the word; part of her response was "The two essential ingredients of the concept of "polyamory" are "more than one" and "loving." That is, it is expected that the people in such relationships have a loving emotional bond, are involved in each other's lives multi-dimensionally, and care for each other. This term is not intended to apply to merely casual recreational sex, anonymous orgies, one-night stands, pick-ups, prostitution, "cheating," serial monogamy, or the popular definition of swinging as "mate-swapping" parties." źródło – „Glossary of poly terms” -  http://www.morethantwo.com/polyglossary.html

 

Po tym koniecznym w mojej ocenie wstępie przechodzę do tekstu Maji Chmury „Glosarium lewicy_01. POGARDA WOBEC KOBIET”.

 

W swoim tekście Maja Chmura wielokrotnie posługuje się terminem „intymistyczny autonomista” – rozumiem to jako określenie opisujące osobę posiadającą autonomiczną – niezależną sferę prywatną, intymną. Główny zarzut jaki odczytuję z tekstu Maji Chmury pod adresem koncepcji „poliamorii” jaką w swoim tekście przedstawia Piotr Szumlewicz jest brak jawności. Jawności – transparentności swoich relacji wobec dotychczasowych i nowych partnerów/partnerek w jakich pozostaje się w intymnych relacjach. W mojej ocenie jeśli brak jest m.in. tego elementu – jawności, ale nie tylko tego (bo kolejnym będzie np. akceptacja) nie powinniśmy mówić tu o relacji poliamorycznej, a co za tym idzie o poliamorii. Chciałbym zwrócić tu uwagę na związany z jawnością lub jej brakiem termin DADT (DON’T ASK, DON’T TELL, osoby zainteresowane odsyłam do wcześniej cytowanego słownika „Glossary of poly terms”), który może być okresowym rozwiązaniem jednak niosącym ze sobą zagrożenia dla związków i to nie tylko poliamorycznych. To dyskusyjne rozwiązanie, nawet stosowane w sytuacji, kiedy osoba z relacji poliamorycznej wyrazi wolę dobrowolnie, świadomie i wprost by nie informować jej o faktach z życia jej partnerki/partnera, mając jednocześnie świadomość co do tego, że jest on/ona osobą poliamoryczną i żyje w relacjach tego typu. Dlaczego to rozwiązanie jest dyskusyjne? Ponieważ nie rozwiązuje, a może jedynie maskować np. problem zazdrości. Jeśli nawet partner/czy partnerka decyduje się na DADT, a powodem nie jest zazdrość to może być to wyrazem np. braku szacunku dla innych parterów czy partnerek. A taki brak szacunku stawia pod znakiem zapytania całą tą relację – czy jest to wciąż relacja poliamoryczna? To oczywiście jedynie część powodów z jakich ludzie decydują się na DADT; myślę, że każdy tego rodzaju przypadek należy traktować i rozpatrywać indywidualnie. Natomiast co do przedstawionej w tekście Maji Chmury sytuacji -

fragment „Zasada „autonomii” jednak, siłą rzeczy, każe taić jedną kobietę (z jej pragnieniami, potrzebami, roszczeniami, a nawet prośbami o jakąś życiową pomoc, o ile te prośby miałyby zostać wyrażone w niewłaściwym, bo przeznaczonym przez autonomistę dla kogoś innego czasie) przed drugą, a tę drugą przed pierwszą...”

- to nie jest ona, moim zdaniem, opisem relacji poliamorycznej, nawet tej dyskusyjnej z zastosowaniem DADT. Moim zdaniem sytuacja taka będzie traktowana jako zdrada, czy to z pkt widzenia związków mono-, czy poli-amorycznych, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Zdrada w tych drugich rozumiana jest nie jako wyjście poza wyłączność, a jako złamanie ustaleń, zasad jakie partnerzy/partnerki dobrowolnie na siebie przyjęli, a czymś takim jest w mojej ocenie jawność (jeśli mowa tu o relacji poliamorycznej). Istotne jest też tu podejście, jakie często spotykam w relacjach poliamorycznych tj. traktowania zdrady nie jako powodu do rozstania, a jako sygnału mówiącego o problemach w związku i konieczności pomocy osobie zdradzającej (tak zdradzającej!). Jako osobie mającej problemy np. z jawnym wyrażaniem swoich potrzeb. Nie ukrywam, że taki nierozwiązany problem, powtarzający się nagminnie, świadczy o braku gotowości i możliwości osoby zdradzającej do związków poliamorycznych, co niesie ze sobą określone i podobne jak w związkach monogamicznych konsekwencje. Pochyliłbym się tu jednak nad osobą z tekstu – „autonomistą” – ponieważ nie można wykluczyć, że jest osobą poliamoryczną, nie można wykluczyć, że kocha obie te osoby, dając im przyzwolenie na inne miłości. Myślę jednak, że taka jak opisana w tekście Maji Chmury sytuacja uniemożliwia stworzenie tym trzem osobom udanej relacji niemonogamicznej, np. poliamorycznej, a to głównie z jednego powodu. Jako niemożliwe jawi mi się jednoczesne, etyczne, ale i szczęśliwe życie w związku monogamicznym z zachowaną łączną i ścisłą wyłącznością w sferach: społecznej, uczuciowej i seksualnej, a jednocześnie pozostawanie w relacji poliamorycznej (>2), czy innych relacjach mające taką charakterystykę. Są jednak i takie ludzkie wybory, ludzkie potrzeby i gusta. Nie ukrywam, że różne od moich, nie ukrywam, że dla mnie niemożliwe do spełnienia – piszę to jako praktyk, popełniający w swoim życiu również błędy. Szanuję monogamię, jeśli jest świadomym wyborem, i odpowiada aspiracjom i potrzebom obu osób. Jaki zatem będzie wspólny mianownik dla takich różnych postaw, koncepcji, pomysłów na relacje? W moim odczuciu – wierność wyznawanym przez siebie poglądom i zasadom. I nie zachęcam tu wcale do fanatyzmu, bo poglądy,moim zdaniem należy zmieniać, jeśli silne, mocne racje pokazują nam, że jest inaczej niż myśleliśmy do tej pory. Mianownik ten – może zamykać się w słowach – „przyzwoity człowiek”, „człowiek z zasadami” i dla mnie jest to najlepszym podsumowaniem dyskusji pomiędzy myślami zawartymi w tekstach Maji Chmury i Piotra Szumlewicza. Jednocześnie odsyłam do lektury omawianych tekstów, by czytelniczka/czytelnik mógł wyrobić sobie o nich swoje własne zdanie, które może być mu/jej pomocne w niełatwych sztukach zarówno życia jak i miłości.

 

 

Poniżej teksty Maji Chmury – opublikowane za zgodą Autorki.

Glosarium lewicy_01. POGARDA WOBEC KOBIET

(na przykładzie teorii moralnego postępu zaprezentowanej w Gazecie Wyborczej przez lewicowego intymistycznego autonomistę Piotra Szumlewicza)

Nie po raz pierwszy czytam facebookowy wpis Piotra Szumlewicza na temat m. in. pogardy wobec kobiet. W tym przypadku mowa o arcybiskupie Gądeckim, któremu się pomyliło, jak potem sprostował rzecznik Episkopatu, i zamiast powiedzieć, że sprzątać powinni chłopcy i dziewczynki, powiedział, że chłopcy sprzątać nie powinni.

Oczywiście z tym, że to spontanicznie wyrażone stanowisko szczęśliwego hierarchy cechuje spora doza pogardy wobec kobiet, nie sposób się nie zgodzić.

Przyjąwszy jednak za naszym głównym bohaterem jasny i wyraźny podział na lewicę i prawicę, musielibyśmy przyznać, że pogarda wobec kobiet to własność prawicy. Pogarda wobec kobiet tak silnie przylgnęła do prawicy, że niemal się nie zastanawiamy nad tym, czy to jest zjawisko, które mogłoby jakoś wślizgnąć się w szeregi lewicy i tu się rozpanoszyć; z góry przyjmujemy, że tam, gdzie jest lewica, pogardy wobec kobiet być nie może.

Tym większym szokiem dla lewicy, również przez Szumlewicza odnotowanym, był przewrotny coming-out Sierakowskiego, który publicznie przyznał się do eksploatowania zawodowego – zawodowego przede wszystkim, ale nie jedynie, za to przez kilka dobrych lat – swojej młodszej, inteligentnej partnerki. Tragikomiczny obraz lewicowej hipokryzji wyłania się już z samego tego wydarzenia, a pełen oburzenia komentarz Szumlewicza wzbogaca cały ten obraz o jeszcze jeden ciekawy plan. Czytając ten komentarz, można było pomyśleć: oto anioł lewicy potępił czarnego konia lewicy, bezwzględnego maczo i okrutnika powielającego najgorsze patriarchalne schematy – duch moralności szeroko rozpostarł nad tą wypowiedzią skrzydła.

Skoro jednak tak, skoro słownik marksistowsko-feministyczny, którego w kreowaniu swojego publicznego wizerunku używa Piotr Szumlewicz, i którego nie waha się również w słusznej sprawie użyć przeciwko innym mężczyznom zaangażowanym w sprawę lewicy, ma aktywować jakieś sensy moralne (np.: Sierakowski nie powinien był…! etc.), to można przecież pochylić się także nad propozycją kulturowo-obyczajową, którą przedkłada sam Szumlewicz. Sierakowski bardzo zły – jak więc byłoby, gdyby miało być dobrze? Jak to jest z tymi kobietami w perspektywie lewicowo-reformistycznej?

Przyjrzyjmy się formule poliamorii w takiej postaci, jaką popularyzuje Szumlewicz. Ta formuła zakłada szeroką warstwę indywidualnej „autonomii”* w związkach intymnych, która to „autonomia” ma polegać na tym, że osoby pozostające ze sobą w relacjach intymnych nie powinny zbyt wiele o sobie nawzajem wiedzieć, a więc na przykład nie powinny wiedzieć zbyt wiele o tym, czy partner/partnerka, z którym/którą pozostają w intymnej, osobistej, tzw. „bliskiej” relacji, nie pozostaje jednocześnie w innej, analogicznej do tej pierwszej, relacji z kimś trzecim, czwartym, itp. W tym miejscu nie podejmę się jeszcze analizowania znaczenia słowa „bliskość” w glosarium dzisiejszej lewicy, przyjdzie na to czas; nie będę też analizować definicji „autonomii”, którą operuje Szumlewicz, i która w jego ujęciu wydaje się nie posiadać żadnych związków z kategoriami moralnymi w szerszym sensie, za to sprawia wrażenie konstrukcji stworzonej dla ochrony osobistych interesów podmiotu „autonomicznego” bez względu na koszta różnego rodzaju, psychiczne, emocjonalne etc., ponoszone przez partnerów/partnerki takiego „autonomisty”. Zostawiam też uznaniu osób zainteresowanych poliamorią ocenę modyfikacji, jaką Szumlewicz do definicji poliamorii wprowadza, a która polega na usunięciu całego jednego członu tej definicji. Przyjrzyjmy się zatem, eksperymentalnie, proponowanemu tutaj modelowi poliamorycznemu z „autonomią” jako organizacyjnym pojęciowym centrum. Czym na przykład charakteryzowałyby się praktyczne zastosowania tego modelu?

Domyślnie przyjmuję, że poliamoryczny autonomista jest mężczyzną związanym z możliwie wieloma, trzema lub, by niepotrzebnie nie komplikować pola tego wyobrażeniowego manewru, z przynajmniej dwiema kobietami. Zdefiniowana przez autora tekstu zasada „autonomii” wymaga, by zaangażowane kobiety nie wiedziały o sobie wzajemnie, lub przynajmniej najlepiej by było, gdyby nie wiedziały. Wiążą się z tym oczywiście olbrzymie trudności natury logistycznej, bo ostatecznie poliamoria zakłada – i tego założenia akurat autor nie podważa (podważa za to zasadność wymogu, by osoby zaangażowane wiedziały, w czym uczestniczą) – że wszystkie równoległe związki mają charakter poważnego zaangażowania, są trwałe, pewne, stabilne i bezpieczne. Przyjmijmy więc, że nasz autonomiczny akcelerator społecznego postępu czuje się na siłach obdarować poczuciem trwałości, pewności, stabilności i bezpieczeństwa każdą z zaangażowanych kobiet. Przyjmijmy, dalej, że są to kobiety samodzielne, ich byt społeczny i ekonomiczny nie jest już zależny od nieustannej obecności podpory w postaci tzw. „męskiego ramienia”, a więc przy okazji przyjmijmy też, że socjalizm obrany przez autora wywodu za cel, a polegający m. in. na ekonomicznej pełnej niezależności kobiet, został już osiągnięty. Mamy więc dwie całkowicie samodzielne, czynne zawodowo kobiety i jednego poliamorycznego postępowca-autonomistę, który, serio traktując obie kobiety, musi samego siebie pomiędzy nie sprawiedliwie rozdzielać, ponieważ zaletą poliamorii jest dążenie do równości partnerów.

Zasada „autonomii” jednak, siłą rzeczy, każe taić jedną kobietę (z jej pragnieniami, potrzebami, roszczeniami, a nawet prośbami o jakąś życiową pomoc, o ile te prośby miałyby zostać wyrażone w niewłaściwym, bo przeznaczonym przez autonomistę dla kogoś innego czasie) przed drugą, a tę drugą przed pierwszą, skoro stan, w którym obie poznałyby się wzajemnie i przystąpiłyby do walki jest niepożądany, ponieważ byłby to stan nienawiści, a nam tutaj chodzi o miłość. Miłość – to w końcu powszechnie przyjęte przekonanie – nie wyklucza; postępowy autonomista zatem również nie chciałby wykluczać, ale musi, ponieważ – żeby uniknąć sprawdzania telefonów, maili, w ogóle wszystkich tych pozostałości po ancien-reżimie*, które wiążą się z wyobrażeniami kobiet o wyłączności w relacjach intymnych – nie może dopuścić do tego, żeby kobieta sądziła, że nie jest najważniejsza. Każdej zatem usiłuje dostarczyć maksimum poczucia trwałości, pewności, stabilności, bezpieczeństwa oraz najważniejszości, wykonując zarazem najrozmaitsze akrobacje mające na celu zapewnienie im tego samego w tym samym czasie. Akrobacje te przynoszą siłą rzeczy niestety dość liche wyniki, ponieważ nawet socjalizm, który już wyobrażeniowo na potrzeby niniejszego eksperymentu osiągnęliśmy, nie zawiera w bestiarium swoich idei podziału podmiotu męskiego na dwie, trzy czy cztery równe i pełnowartościowe pod każdym, umysłowym i cielesnym względem części, które bez przeszkód dawałyby się dystrybuować przestrzennie i mogłyby cieszyć w tym samym czasie swoją pełną obecnością dwie, trzy lub cztery różnie przestrzennie ulokowane, pełne kobiety. Co więc z tego może powstać?

Powstaje nieuchronnie sytuacja, w której przewagę ma jedna z kobiet kosztem innej – jedna z nich może domniemywać, że jest stałą partnerką, ponieważ większa część oferty poliamorycznego autonomisty przypada właśnie jej, druga musi niestety zadowalać się okruchami z pańskiego stołu, czyli czekać na, przewidywaną w nieokreślonej przyszłości, dostawę swojej porcji poczucia trwałości, pewności, stabilności i bezpieczeństwa. Autonomiście zarazem na pozyskiwaniu tych właśnie wartości, czyli trwałości, pewności, stabilności, bezpieczeństwa najbardziej w tym całym przedsięwzięciu zależy, pozyskuje je więc z możliwie największej liczby źródeł, przy czym oczywiście ta z partnerek, której więcej jest w tym zakresie oferowane, jest dla niego w danym momencie bardziej wartościowym źródłem wspomnianych dóbr, ta natomiast, która na te dobra w większej mierze czeka, niż je otrzymuje, siłą rzeczy jest mniej systematycznym i wydajnym ich dawcą, przeto z punktu widzenia postępowo-równościowego intymistycznego autonomisty druga traci na wartości w stosunku do pierwszej. Utrwala się zatem nic innego, jak – któż by się tu, w socjalizmie, podobnego regresu spodziewał! – najbardziej pospolity, o całkowicie tradycyjnym rodowodzie schemat żona–kochanka, z całym bagażem nierówności, upokorzeń, krzywdy i pogardy, jaki ten schemat w sobie zawiera, włącznie ze skutkami, o ile rzecz wyjdzie na jaw, w postaci walki kobiet między sobą, pogardy okazywanej przez kobietę lepiej usytuowaną i w większej mierze obdarowaną pożądanymi wartościami – tej drugiej, odpowiednio mniej hojnie obdarowanej, która z kolei może w pełnym przekonaniu co do swych racji gardzić trzecią, jeszcze uboższą we względy postępowego akceleratora, ta zaś ostatnią, którą już gardzić mogą wszystkie pozostałe, a która może mieć w pogardzie już tylko samą siebie, jako że na niej ciąg się na przykład kończy i żadnej gorszej, mniej kochanej, poniżej jej poziomu (jeszcze) nie ma. Mamy więc, nieuchronnie, kilkupoziomową pogardę damską typu kaskadowego. Cały tradycyjny repertuar intryg, knucia i wrogości, od wieków obecny w związkach intymnych powraca na scenę. A może raczej – nie opuścił tej sceny mimo, że intymistyczny autonomista żywi przekonanie o moralnej wyższości swoich myśli nad rozwiązaniami przez wieki w społeczeństwach pokutującymi, a także nad rozwiązaniami samych poliamorystów, którym taki scenariusz polegający przede wszystkim na intrydze zatajania zapewne by do gustu nie przypadł. Zdeterminowany akcelerator społecznego postępu nie przedstawia jednak sprawy, jak można się domyślać, w opisany wyżej sposób. Wierzy raczej, że aktywnie przyczynia się do skonstruowania lepszego świata, pełnego podobnych mu akceleratorów oraz okłamywanych i zarazem szanujących autonomię kłamiącego mężczyzny i siebie nawzajem, szczęśliwych kobiet.

A teraz spójrzmy na tę frenetyczną propozycję moralnej odnowy w nieco mniej konstruktywistyczny, a więc bardziej zapewne naiwny sposób. Przyjmując ten inny sposób widzenia, dość konserwatywny – o ile odwołujący się do starej kategorii podmiotu, która, jak się wydaje, w tym poliamorycznym tańcu św. Wita gdzieś się zapodziała, chciałabym zwrócić uwagę na pewien szczegół. Otóż do tego, by móc być podmiotem, czyli mieć możliwość określania do pewnego przynajmniej stopnia swojego własnego statusu i działania w sposób świadomy, potrzebna jest znajomość okoliczności, w jakich się znajdujemy. Oczywiście nie chodzi o znajomość absolutną wszystkich warunków naszego bytu; chodzi o możliwość rozeznania się w sytuacji, w jakiej się znajdujemy na tyle przynajmniej, by móc podejmować świadome decyzje i ponosić za nie odpowiedzialność. Niech więc lewicowy intymistyczny autonomista, aspirujący do przynajmniej ministerialnej teki, powie społeczeństwu, o którego dobro się troszczy, dlaczego i ze względu na co, oraz w jakich sytuacjach, jego zdaniem, można, a w jakich należy pozbawiać jednostki szansy bycia świadomymi podmiotami.

Okłamywanie kobiet w relacjach intymnych nie jest niczym innym, jak częścią takiego właśnie procesu: procesu odbierania potencjalnie samodzielnym, myślącym podmiotom szans stanowienia o sobie. Powiem to jeszcze jaśniej: okłamywane kobiety, właśnie ze względu na to, że przedstawia im się nieokreślony lub fałszywie określony obraz sytuacji, pozostają w relacji, w której nie mogą decydować o sobie jako wolne podmioty (ponieważ nie znają/nie mogą znać swojego własnego statusu w relacji z takim poliamorycznym intymnym autonomistą, skazane są na miotanie się w plątaninie własnych fantazji i domniemań, czyli na życie w jakimś matrixie).

Stan rzeczy, w którym niektóre z kobiet żyją z intymistycznym autonomistą w związkach monogamicznych (nawet jeśli jest to monogamia zafałszowana), a jednocześnie inne w poliamorycznych (kobiety wiedzą o sobie nawzajem więcej lub mniej, zależy to od czynników zewnętrznych, takich jak np. kolejność zawiązywania się relacji itp.), i który, oparty na kłamstwie, utrzymuje się latami, jest – i tu nie ma miejsca na wątpliwości – wyrazem pogardy dla kobiet. Autonomista zapytałby może: dlaczego zaraz pogardy? Otóż dlatego że, jak można domniemywać, żadna z tych kobiet nie chce żyć w roli, w którą ją taka „autonomiczna poliamoria” wtłacza: ani monogamiczna żona/partnerka (prawdopodobnie) nie chce być zdradzana, ani poliamoryczna partnerka nie chce tkwić w roli tradycyjnie (bardzo prawicowo) ukrywanej kochanki. Kobiety, podobnie zresztą jak męscy poliamoryczni akceleratorzy społecznej zmiany, wolałyby wiedzieć, w jakiej sytuacji się znajdują, słowem, chcą być podmiotami własnych decyzji. Kobiety więc nie chcą być okłamywane, a jednak są. Zarazem jednak to właśnie kłamstwo jest narzędziem, które takiemu poliamorycznemu autonomiście pozwala swoje kobiety w toksycznych relacjach długotrwale utrzymywać, rozwijając przed nimi niekończącą się wstęgę haseł o równości, stabilności, stałości i bezpieczeństwie, a także o przyjaźni, może nawet i o miłości, postępie, ewentualnie o socjaliźmie itp.

Lawirowanie pomiędzy monogamią i poligamią przy założeniu, że im mniej kobiety wiedzą o tym, co właściwie je ze szczęśliwym wybrankiem łączy, tym lepiej dla „bliskości” – to jest właśnie pogarda. Pogarda wobec kobiet. Oczywiście nie jest to pogarda wobec ich powabu seksualnego; poliamorysta gardzi tutaj przecież nie pięknem kobiecego ciała! Przeciwnie, tym właśnie w najmniejszej mierze nie gardzi i swój brak pogardy w tej dziedzinie skwapliwie czynem potwierdza. Tym, co postępowy autonomista ma tu w pogardzie, jest podmiotowość i godność partnerki/partnerek, jej/ich prawo do stanowienia o sobie. Ale czy nie o to właśnie chodzi w pogardzie, zwłaszcza tej o podłożu seksualnym? Oczywiście jest to trochę inna od tej "tradycyjnej" odsłona pogardy wobec kobiet. Owszem, intymistyczny autonomista opowiada się za równouprawnieniem, równymi płacami, ściga seksizm w publicznym dyskursie. Przyglądając się jego publicznemu wizerunkowi można domniemywać, że za tymi deklaracjami stoi rzeczywisty szacunek dla kobiet. Tym większe oczekiwania co do moralnego zaplecza takich deklaracji można żywić wobec ich głosiciela; i to jest właśnie ten problem – tutaj pogarda wobec kobiet wznosi się na wyższy poziom i zostaje zideologizowana; wartości, o które taki quasi-feminista publicznie walczy, służyć mają zarazem jako membrana ochronna przeciwko ewentualnemu podejrzeniu o to, że sam uprawia, a w każdym razie aktywnie popiera, procedery analogiczne do tych, które zwalcza. Rycerzy broniących godności kobiet nie uważa się przecież zarazem za takich, którzy tę godność szargają; a może nie należałoby tak robić również z tego względu, że, jeśli w przestrzeni publicznej zabraknie głosu quasi-feministycznych niby-rycerzy, kobiet nie będzie bronił już zupełnie nikt?

A może… może jednak lepszy jawny antyfeminista, niż lewicowy, poliamoryczny, intymistyczny autonomista? Może pogarda wobec kobiet w swojej odmianie lewicowej, jako mniej znana i utrzymywana w cieniu za sprawą różnych interesów osobistych i ogólnej środowiskowej inercji, stanie się w końcu jakimś wyzwaniem, i to większym nawet niż tamta, stara, katolicka, monogamiczna pogarda płciowo-domowa?

*Różne interesujące myśli na temat „autonomii”, związków intymnych oraz listę trudności dających się we znaki w relacjach monogamicznych można znaleźć w tekście Piotra Szumlewicza pt. „Poliamoria, czyli socjalizm”, Gazeta Wyborcza, wydanie internetowe, 13.02.2014.

 

Glosarium lewicy_01 POGARDA WOBEC KOBIET (appendix: POLIAMORIA.PL)

12 października, cztery dni po opublikowaniu przeze mnie tutaj, na Facebooku, szkicowego pamfletu o obyczajach polskiej lewicy (8 października br.), dokonano w Wikipedii zmiany polskiej definicji wyrażenia „poliamoria”. 
Mianowicie usunięto człon definicji, który dotyczył jawności w wieloelementowej relacji poliamorycznej, a więc ten element definicji, który przyznawał partnerom prawo do wiedzy o tym, w jakiej relacji się znajdują oraz czy, a jeśli, to w jakiej roli znajdują się w tej relacji także inne osoby – i umożliwiał im w ten sposób decydowanie o sobie. („Przejrzystość” relacji została utrzymana w rozwinięciu, uprzednio wątek ten był jednym z dwóch członów formuły definicyjnej).

Zmiana w rozumieniu poliamorii zaszła w szeregach edytorów polskiej Wikipedii; definicja anglojęzyczna utrzymuje się w swoim dawnym brzmieniu: „Polyamory (from Greek πολύ poly, "many, several", and Latin amor, "love") is the practice, desire, or acceptance of having more than one intimate relationship at a time with the knowledge and consent of everyone involved”.

Usunięto z polskiej definicji właśnie ten człon, którego uprzednie dyskretne eliminowanie przez polską lewicę było głównym przedmiotem mojej krytyki. Krótko opisana przeze mnie lewicowa propozycja poliamoryczna nabrała 12 października zdecydowanych barw – naszych, narodowych, i otrzymała własną, wikipedyczną, biało-czerwoną legitymację.

 

Autor: Grzegorz Andrzejczyk-Bruno, 19.10.2014

Tekst nie może być kopiowany i publikowany w części lub całośći bez zgody jego autora